dzieciakniezlomny blog

Twój nowy blog

Jak dalece trzeba sięgnąć wzrokiem by dojrzećwzgórza i równiny
pokryte zmęczoną i odnowioną ziemią. Tam, gdzie dłoń zanurza się
w grudach a twarz wypala słońce.

Idę przez pola uprawne z umysłem grzęskim, zawieszonym na inteligenckich
linach rozpiętych między pejzarzami. Widzę krajobraz, z którego nie zdaję sobię
sprawy. Nazywam wieś miejskimi hasłami. Odniesieniem dla przestrzeni jest
brak zabudowań, wieżowców, fabryk i zakładów przemysłowych.

Przenikam wieś rozdygotaną, rozklekotaną inteligencją. Umysł z trudem przystaje
do prostoty krajobrazu. Słyszę, ale niewiele rozumiem. Wypowiadam słowa,
ale niewiele mówię.

trzy

Brak komentarzy

Mozolna praca upadlająca prestiżową produkcją.
Robotnicza łapa w kapitalistycznym wnyku. Ciągle do przodu bez końca na horyzoncie.
Odkąd dojrzałem wsobną energię nie potrafię pobożnie unosić się w mydlanej bańce wyzysku.
Bańce, płynącej po zliberalizowanej trajektorii oporu, wykupionego przez pożeraczy ciał…

Jak się przebić przez iluzję?
Dokonać czyny w kategoriach własnego ja. W kierunku utopijnej realizacji świata,
niepodporządkowanego hierarchii, patriarchatowi, konserwatywnej obyczajowości
i katolickim dogmatom nietolerancji i niesprawiedliwości.

Uprawa własnego pola. Mozolna,
przed samym sobą zobowiązująca. Autonomia na miarę transcendentalnego „ja”.
Przestrzenie wpisująca się w istnienie indywidualnej wolności. Napędzana romantycznym
silnikiem samokreacji i nihilistycznego spełnienia mnie, albo odwrotnie…
Bez wartościowania!

wizyta druga

3 komentarzy

defragmentacji ciąg dalszy. mam nieodparte wrażenie, że wszystko co robię ma konsystencje wody. wycieka ze mnie jakby w obawie przed zasiedzeniem, ugruntowaniem, utrwaleniem. a do tego tęsknię, tego pragnę.

jakbym łapał kilka rzeczy na raz, zgarniał rozsypane okruchy siebie, ale w momencie kiedy jedną garść mam już pełną i zabieram się do napełniania drugiej, okruchy w pierwszej, starte już na pył, wymykają mi się z dloni. jednocześnie czuję dreszc jakiegoś przeobrażenia, przeistoczenia w coś, czego nie potrafię jeszcze nazwać, co czai się za progiem mojej świadomości jakby chciało mnie zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

kontunuacja cholernie trudnych pytań, takich, od których puchnie gardło i chce się ryczeć. albo uciekać nie wiadomo gdzie, byle daleko. gadam, ale czuję że łzy podchodzą mi do nozdrzy.  resztką sił próbuję je powstrzymać. wydają mi się głupie i naiwne jak wata cukrowa. identycznie jak ja sam, błachy, pretensjonalny, wydumany. rozmowa trwa, podliczam słupki przeszłości. i to poczucie przemiany jakoś idzie z tym w parze. jest dobrze. chciałbym.

coś jakby się rozświetlało na horyzoncie – dreszcz przechodzi mi przez ciało jak pluskwa
czasem pies zaskamle, czasem muzyka z i-poda.
i cala reszta, towarzyszy niczym warkot silnikowi

codzienne dreptanie w te i nazad przyprawia o zawrót głowy. gubi się początek i koniec.
zaraz, chyba się udało, ale taka mgła, że nic kurwa nie widać
równie dobrze mogło się nie udać.

a teraz tak:
o mały włos nie zostałem kroplą, która spływa po zimnej glazurze łazienki. utknąłem na którymś z kolei kafelku i wsiąkłem w fugę pomiędzy jak wsiąka się w tłum. kolorowo.

a potem:
do zadławienia jeden krok. zadławienia własną śliną. bo niby czyją?

a wcześniej… hm:
tylko słowa piosenki, że jak będę umierał to nie przyjdzie generał ani nawet dyrektor bo umiera byle kto.

i znowu tak:
z nienacka, zaczyna mi się nawijać nitka i już już… ale jakaś taka nieświeża, jakby przerzuta i wypluta zupełnie jak koka. daleko jej do niej.

badanie terenu. próba uchwycenia nieuchwytnego.gapię się dookoła jak kret i gówno widzę. zakres zjawiska: gdzie są granice niewidocznego a gdzie ich nie ma (nie zostały znalezione). dalej na początek – na pierwszej kartce maluje popękaną postać, na trzeciej postać w jednym kawałku, na drugiej porozumienie/wyzwolenie, równa się, komunikacja/pomost z uczuciami, emocjami, demonami. rozwinięcie – luźna gawęda, niepozorna na zewnątrz, w środku wszystko się trzęsie i nie może wytrzymać. trzymam się swoich kiszek jak poręczy w autobusie. zakończenie – drganie organów wewnętrznych, i mimo że wyciszenie to chcę mi się wcisnąc oczy do środka jak korek do butelki z winem. ciut lepiej.

okazuje się, samo przede mną samym, że mam poczucie jakbym rozpadał się na tysiące drobnych,
w rozproszeniu pozbawionych sensu, kawałków. dopada mnie to zupełnie niespodziewanie w fotelu
kinowym, pod przysznicem czy w drodze do sracza. kompletna dezintegracja w trakcie gapienia się
na emaliowaną pokrywę kuchenki zupełnie jakby niedorzeczność tych sytuacji nadawała sens mojemu
rozpadowi.

potem mam taką wizualizację, jak schylam się, zginam w pół po rozrzucane ułamki siebie. kaleczę się
o ich ostre kanty. ich zdawałoby się absurdalna natura nie pozwala mi pozbierać się do kupy.

na końcu widzę siebie brodzącego we mgle, z wydłubanymi oczami i pomałanymi nogami. zajmuje mi
chwilę, żeby dojść do siebie.

to czasami jest tak, jakby mysli zapierdalały mi przez głowę z prędkością światła i nie mogły się zatrzymać w obawie,
że postój pogrąży mnie w otchłani nicości, zassa mnie do wnętrza i wypluje niepotrzebnego, sflaczałego jak sylwestrowy balon w lutym.

najgorsze jest, że nie mogę zatrzymać tego szalonego pędu, jakbym gołymi rękoma chciał powstrzymać Diabelski Młyn
na wesołym miasteczku wkurwiony, że mi nie wychodzi.

potem się uspokajam, głęboko oddycham, chwytam dzień, wyciszam się. a to wszystko jakby tylko poto,
żebym za chwilę mógł resztkami sił gonić króliki w opętańczym tępie zapierdalające mi po głowie.

Krajobraz  chaszc zył
się z minuty na minutę, pagórki wiły się jak ryba wyrzucona na brzeg, to w górę
to w dół.  Wąska asfaltowa nitka
lawirowała między polami i łąkami jakby miejsca nie mogła sobie znaleźć.
Miotała się od krzyżówki do gospodarstwa, od kapliczki do rozjazdu i tak bez
końca. Jadąc, miałem nadzieję znaleźć kres drogi i ulżyć jej w błądzeniu,
zwolnić od wiecznego poszukiwania.

Zatrzymałem się na skraju wsi Łączki jakieś pięćdziesiąt
kilometrów od Rzeszowa, na pogórzu przemyskim. Wokół lasy, góry i łąki.
Przestrzeń kładła się żółcią kwiatów, zielenią traw i błękitem nieba. W dali u podnóża
pagórków, San snuła swój rzeczny wątek. Wielka kładka dyndała nad cielskiem
rzeki w komunikacyjnym rozkroku. Kwiaty napchane słońcem pęczniały w gorącym
roztworze lata. Krzaki szkliły się pajęczyną, trawa parowała zielenią, lasy
oddychały wilgocią. Drzewa poszczepiane, ciasno przylegające do siebie jakby w
obawie, że same się poprzewracają. Góry tłukły wierzchołkami  o bezchmurny nieboskłon.

I ja taki mały, zanurzony w tym świecie po uszy jak łyżka w
syropie klonowym nasłuchiwałem przyrody. Miękkie poduchy kwiatów huczały upalnymi
kolorami i warkotem owadów. Żaby, jaszczurki i padalce z łoskotem przewalały się
przez żwirowe ścieżki i kamieniste dróżki. Łąka cykała tak sugestywnie, że widziałem
ten legion świerszczy pracowicie pocierający tylnymi kończynami, generatorami
cykotu porcjowanego od świtu do późnej nocy.

I znowu ja pośrodku ubocza lepki sierpniem, odurzony naturą
i nagrzanym zapachem własnego ciała. Ja, z krajobrazem przyklejonym do
wilgotnej skóry jak z kosmykiem włosów wijącym się na ciele po kąpieli. Stałem naćkany
barwami lata jak przydrożna kapliczka z przykurzoną Maryjką i wyblakłym
błękitem ścian. I jakby cała ta biomechanika przestrzeni warcząca żniwami i
tryskająca fontanną owadów tłumaczyła moją nieporadną obecność w królestwie
strumieni, pagórków i kniei. I wyjaśniało mój smutek, że kraina ta kiedyś
odejdzie pochłonięta kopalniami, rozkopana łopatami, pocięta w kawałki i
sprzedana w hipermarkecie na zafoliowanej styropianowej tacce.

w słów rozumieniu – bukiet czułości
na zawsze, na teraz, nigdy

w tańcu wytrwałym jak w ciemnej miłości
poruszam ruch zastygły

i stawiam krok podobny do czynu
tego, co wczoraj jeszcze nie było

tego co ramion twarde rzemienie
pragnienie życia ugasiło


  • RSS